#1845 – dogoterapia

Pisałem dawno temu o tym jak fajnie mieć psa, spędzać z nim czas i dzielić życie.

I w zasadzie wszystko się zgadza, ale. Bo zawsze jest jakieś ALE.

Tuż przed naszym wyjazdem Monia zgłosiła naszą chęć do adopcji suki w typie Labrador z fundacji oddalonej od naszego pięknego miasta o 300km w kierunku północnym. I tuż przed naszym wyjazdem okazało się, że zostaliśmy wybrani, zaakceptowani i w ogóle wszystko im pasuje. Nam to też się spodobało, było to spełnienie jednego z naszych małych marzeń. Uratować jakiegoś psiaka i zapewnić mu dom i stado.

Kiedy zakończyliśmy naszą przygodę z Małym Szlakiem Beskidzkim w sobotę, to już w niedzielę rano siedzieliśmy w naszym wspaniałym autku w drodze do miejsca odbioru psiaka. Psicy w sumie, rocznej biszkoptowej samicy. Jak się okazało wulkanu, pełnego energii zamkniętej w ciele 30kg potomka wilków i innych drapieżców udomowionych przez naszych przodków. Nasza nowa pociecha była trzymana w kojcu przez dłuższy czas, nie znała się na spacerach, załatwianiu na dworze, ani poszanowaniu cudzej własności czy przestrzeni osobistej. O tych cechach zaczęliśmy się dowiadywać już podczas naszego pierwszego spotkania i kilkugodzinnego powrotu samochodem do domu. Później było już tylko gorzej. Spotkanie z naszym obecnym psem – mieszańcem Shiro, naszymi dziećmi i znajomymi. Pierwsze dni były bardzo trudne, ale napawały nas nadzieją. Podopieczna była bardzo inteligentna i część zadań łapała dosyć szybko. Spacery i powolna tresura psa zajęła nam większość dostępnego czasu przez nastepne kilka dni. W domu psina nie potrafiła się wyciszyć. Gryzła wszystko, skakała, cieszyła się i siała zniszczenie oraz dziecięcy strach. Nazwaliśmy ją Granda i to imię odzwierciedla w zasadzie wszystko co można było o niej powiedzieć. Byliśmy niedospani i zmęczeni, ponieważ dzień zaczynaliśmy o 05:30 ponad godzinnym spacerem a kończyliśmy około 23, również po podobnym zabiegu. Po 6 dniach mieliśmy już wizytę behawiorystki, która rozpaliła naszą wiarę, że wszystko będzie dobrze.

Niestety było jeszcze gorzej. Nie radziliśmy sobie z kałużami w mieszkaniu, pogryzionymi dla zabawy rękami oraz rosnącą niesubordynacją zwierza. I miarka się przebrała. Po niespełna dwóch tygodniach od wzięcia psa, podjęliśmy trudną decyzję, że wraca tam, skąd przyszedł. Nie daliśmy rady wygospodarować tyle energii i czasu, by zapewnić i jemu i naszej rodzinie komfortu i bezpieczeństwa.

To była trudna lekcja życia. Nie zawsze wszystko rozwija się tak jakbyśmy chcieli. Nie zawsze podołamy postawionym celom, ale ważne żeby wyciągać wnioski i czasem spojrzeć prawdzie w oczy.

Czasem, niestety, trzeba odpuścić i nie iść w zaparte, bo będzie tylko gorzej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *