#1853 – posłaniec

Posłaniec to jedna z trudniejszych życiowych ról. Szczególnie wtedy, kiedy informacje, które przekazujesz, nie są dobre i pomyślne dla odbiorców. Wtedy właśnie twój wizerunek staje się ucieleśnieniem zła, a twa osoba jest akurat pod ręką by przelać na nią swą frustrację i niezadowolenie.

Czy warto zatem pełnić taką rolę? Cóż, biorąć pod uwagę fakt, ile razy się z tym borykamy, nie warto naweć rozważać odpowiedzi na to pytanie, a potrzebujemy poszukać innego, bardziej właściwego: Jak być najlepszym możliwym posłańcem i nie zginąć przy tym od razu. Ani nie stać się ofiarą na którą każdy może wylać frustrację i wykorzystać jako Pierwotną Przyczynę (z ang. „Root Cause”) swych niepowodzeń i życiowych potknięć.

Posłańcu, posłanniczko – pamiętaj, że nie jesteś ofiarą, a przede wszystkim medium przekazującym informacje. Życie na pierwszej linii, niezależnie jakiego frontu i jakiej profesji zawsze wiąże się z wielkim stresem, odpowiedzialnością i koniecznością powstrzymania emocji, które cisną się często na usta i członki. Głupota ludzka, pierwsza reakcja i zamknięcie we własnej bańce, z której łatwiej bronić własne argumenty, często uniemożliwia poprawną analizę sytuacji, w której znajdują się obie, a nawet więcej stron konwersacji. Gdyby rola posłańca była prosta i lukratywna – organizacje, szefowie wszystkich szefów i bogowie, przekazywaliby swe posłania bezpośrednio do odbiorców. A tak używają posłańców, którzy po wygłoszeniu swego przekazu, często giną, udowadniając jednocześnie, jakie to było mądre, ważne i daleko idące przesłanie – często wyprzedzające o stulecia swoją epokę.

Trzymaj się zatem, rób co trzeba i zważaj na słowa, bo raz wypuszczone, będą użyte przeciwko tobie, niezależnie od tego jakie były pierwotne intencje i zamierzenia.

#1852 – tradycja

Na ile powinniśmy się opierać na tradycji? Jak bardzo powinniśmy się cofnąć w czasie by sięgnąć do mądrości przodków. Czyich przodków? Czy wiesz kto jest twoim przodkiem, tak naprawdę? Czy to Słowianie, Tatarzy, Wandalowie, chłopi, szlachta, radzieccy żołnierze, bolszewicy, niemieccy socjaliści, księża, książęta czy inne barachło? W co wierzyć? W Boga? W Bogów? W naród? A gdzie nasz honor, który pozwala rozkradać wszystko na lewo i prawo oraz wyprzedawać co się da.

Czy można zapomnieć o historii? Czy można zamazać niepowodzenia i porażki? Czy należy wyciągąć niestworzone wnioski i karać kolejne pokolenia za błędy popełnione przez przodków, o których nie mamy nawet zielonego pojęcia?

Gdzie jest miejsce na tolerancję? Gdzie jest miejsce na tłumaczenie, zrozumienie, prostą szczerość i zaufanie. Jak można ufać, skoro pierwszym prawem jest brak zaufania, nawet do siebie samego? Człowiek człowiekowi wilkiem, baran baranowi wilkiem w owczej skórze, a wilk nosił razy kilka, ponieśli i wilka.

Czym jest krew wylana przez przodków, skoro w szkołach uczyli raz tak, raz tak? Złoczyńcy stali się bohaterami, bohaterowie złoczyńcami. Co przyniesie jutro? Co zmienią wybory tu czy tam? Kto przesunie chorągiewki na mapie, by przekierować uwagę w odpowiednią stronę, aby przetasować karty w sposób umożliwiający wyciągnięcie korzyści tam gdzie trzeba, tym co trzeba.

Za wolność naszą i waszą. Gdzie jest wolność, czym jest wolność i gdzie jest wolna wola? Rób co chesz, ale masz zrobić tak i tak.

Bosman ci powie. Jesteś wszak jedynie siłą napędową tego okrętu, a wiatru w żagle nie będzie. A może morze pozwoli i zmierzymy w kierunku … co to za różnica dokąd, skoro nie masz na to wpływu?

#1851 – szczęście

Dlaczego ludzim tak trudno dostrzec szczęście? Jesteśmy stworzeni do szukania sobie problemów i ich potencjalnego rozwiązywania, bądź ubolewania, że występują. A jak już je rozwiążemy, to szukamy kolejnej dziury w całym.

Dlaczego nie ponieść się fazie kontemplacji, akceptacji i bycia tu i teraz? Czy to, co mamy dostępne, to za mało by się cieszyć?

Miska kaszy czy ryżu, listopadowe słońce, szum liści rozgarnianych stopami w czasie spaceru z bliskimi.

Jesli ci mało, możesz pójść pobiegać, poczytać książkę, czy przytulić się do kogoś bliskiego. Lepsze jest często wrogiem dobrego, a to, że dostaniesz więcej, może oznaczać również to, że będziesz musiał więcej oddać do wspólnej kasy, albo obarczą cię większą odpowiedzialnością.

Tak – czytanie czy nawet oglądanie innych historii, sprowadza się również do pokazania jakiegoś problemu i sposobów jakimi bohater jest sobie w stanie z nimi poradzić, albo co bardziej ekscytujące – w jaki sposób sobie z nimi nie radzi, gdyż los rzuca mu kolejne kłody pod nogi. I kolejne i kolejne, a producenci odgrzewają kotleta pisząc sequele, prequele, budując kolejne światy i odchodzą na kolejne kręgi, które sprowadzają nas do tego samego wniosku.

„Że jest w sumie całkiem dobrze”

Pytanie czy to nie za mało? Czy nie powinniśmy chcieć więcej i dążyć do podniesienia poziomu, w którym sie znajdujemy? By żyć zdrowiej, pełnią życia, możliwości i odnajdywania przyjemności, o których nie mieliśmy pojęcia, zamknięci w swojej bańce?

To trudne pytanie – bo okazać się może, jak często, że gonienie króliczka jest fajniejsze niż złapanie go. Bo wtedy trzeba coś z nim zrobić. Zabić , zjeść, zamknąć, hodować, doglądać, albo wypuścić i gonić dalej? Tylko czy ktoś królika pytał, co on by chciał (no może poza Alicją). Czy królik chce żebyśmy w ogóle zwracali na niego uwagę? Czy przyszedł do nas, jak w Matriksie i zaproponował zabawę w ganianego? Czy nam po prostu kazali go gonić, bo tak trzeba i ukoi to oblicza zagniewanych bogów, których śmieliśmy obrazić tym, że nas stworzyli na swoje podobieństwo?

Szukaj swojej drugiej połówki, która da ci ukojenie i poczucie spokoju i zrozumienia. Może jesteś idealny dla kogoś na tym świecie? Może jesteś idealny dla wszystkich? A może jeszcze nie wiesz, że jesteś idealny będąc nieidealnym?

A może wszystko jest jedynie iluzją i wytworem czyjejś wyobraźni? W zasadzie samo to, że niektórzy wierzą, że zostaliśmy stworzni przez jakiegoś boga, stawia nas w sytuacji, ze żyjemy w wymyśłonym wszechświecie…

Cóż, zatem w tym przypadku i tak mamy wszystko zaplanowane i działamy zgodnie z czyimś planem. Wystarczy mieć szczęście. Często od pokoleń.

#1850 – udało się

Często zwrot „udało się” aż ciśnie się na usta, kiedy projekt, nad którym pracowaliśmy, szczęśliwie dobiega do końca i przychodzi faza celebracji oraz podsumowań sukcesu. U nas w organizacji, jak ja osobiście uważam, bardzo słusznie, ten zwrot jest zakazany, a jego użycie piętnowane, oczywiście z uśmiechem na ustach. Jak bowiem coś, nad czym usilnie pracowałeś, planowałeś, chuchałeś, chroniłeś przed zewnętrznymi przeciwnościami mogło się wydarzyć samo? Jak można powiedzieć: no było i „się udało”.

Nic się samo nie udało. To, że wynik jest zgodny z oczekiwaniami, jest zazwyczaj rezultatem świadomych i rzeczowych działań, zgodnych ze zmieniającą się rzeczywistością. Wynik ten, świadczy o zaangażowaniu, wylanym pocie, czasem związanym z pracą, często ze stresem, mnogości zaplanowanych scenariuszy alternatywnych oraz przeprowadzeniu serii działań minimalizujących pojawiające się ryzyka i zagrożenia.

„Udało się” – przesuwa podmiot sprawczości w nieznane rejony ujmując sprawczości prawdziwym wykonawcom, którzy sprostali pojawiającym się przeciwnościom.

Zatem analizując i przedstawiając sukcesy swoje i innych unikaj tego zwrotu, strony biernej i innych konstrukcji, które niepotrzebnie pomniejszają wkład do przedsięwzięcia. To my, nasza Drużyna – zrobiliśmy to co trzeba, tym co było dostępne, aby zapewnić ten wynik, który mówi sam za siebie.

Żadne „udało się”.

#1849 – obraz

Mówią, że obraz wart jest tysiąca słów.

Sprawdźmy to.

Oto Obraz pod tytułem „Kropka”:

.

Koniec Obrazu zatytułowanego „Kropka”.

Co autor, w tym przypadku ja, choć mógłby być to każdy, miał na myśli?

No to zaczynamy.

Kropka jak kropka każdy widzi. Na pierwszy rzut oka można ją wiązać z nienawiścią – Kropka Nienawiści. Ale czy aby naprawdę tak nisko cenimy autora zacnego dzieła? Że chce wyrazić tak wielkie uczucie i stan ciała, umysłu i frustrację poprzez jedną kropkę? A może to jest metafora. Sama kropka nie jest tym za kogo jest podawana – może tytuł to tylko zmyła, która ma nas odwieść od prawdziwego znaczenia, które powinna przenieść. Może to nie jest kropka, ale punkt w przebraniu. Punkt, który, pomimo że widoczny, to nie ma żadnego wymiaru – ni długości, ni szerokości, ba! Nie ma nawet wagi. Jest sobie sam, samotny w bezkresie dwuwymiarowej przestrzeni. Kiedy jednak bliżej się mu przyjrzymy pojawią się kolejne wątpliwości – a może to nie punkt? Może to rzut prostej prostopadłej przebiegającej przez oko obserwatora? Dokąd ona zmierza i co ważne – skąd przychodzi? Może to nie jest nawet prosta a jedynie wycinek linii krzywej, która akurat znalazła się w obserwowanym przez nas przekroju? Pomimo dalszych, ciekawych i wciągających obserwacji nie możemy tego jednoznacznie określić. Zostawmy więc na chwilę ten intrygujący kształt i zajmijmy się jego barwą. Jeśli wszystko wyświetla się poprawnie – jest to czarna kropka, być może nawet punkt, na białym tle. Tylko czy to można rozpatrywać tak jednoznacznie? Być może jest to jedynie interpretacja spowodowana poprzez technologię, użytą przez autora? Może jest to chytra inwersja, dzięki której można zmylić wszechobecną cenzurę? Może to jest jasny punkt na ciemnym tle pokazany nam w negatywie? Może to widok na gwiazdę Polarną? Może właśnie ten obiekt wskazuje nam kierunek, do którego powinniśmy zdążać gdy czujemy się zagubieni? A może wystarczy nam jedynie do nawigacji pośród meandrów i trudności życiowych, spotykanych codziennie na naszej drodze? Im bardziej staramy się to rozgryźć, tym więcej pojawia się pytań, niejednoznaczności i możliwych rozgałęzień, prostego, początkowo scenariusza. W jakim wieku jest nasz obiekt? Czy widzimy go w etapie młodzieńczym? Czy w pełnej dojrzałości, a może u schyłku jego trwania? Jak bardzo wskazuje nam przemijanie i cykliczność przyrody poprzez odradzanie życia? Ciekawe co przeszła i dokąd zmierza, gdzie była kiedy po Ziemi wędrowały dinozaury? Czy była świadkiem ich schyłku? A może mówimy w ogóle o innej skali i miejscu, z którego obserwujemy nasz obiekt? Może to obraz właśnie naszej Matki Ziemi, widzianej z odległego miejsca w kosmosie? Może nasza Kropeńka, jest miejscem gdzie żyjemy i gdzie będzie nam dokonać naszego żywota, chyba że udamy się jakąś rakietą, w oddalenie, które umożliwi nam się jednoznacznie oddzielić od grawitacji i innych sił o nieznanym pochodzeniu i działaniu? Czy ty dzielny obserwatorze, odważysz się oddalić na taką odległość, by spojrzeć na naszą planetę oczami wizjonerskiego autora? Czy powrócisz by opowiedzieć na ile realny i kompletny jest ten obraz w porównaniu z najprawdziwszą prawdą? Czy po kropce chodzą jeszcze ludzie? Czy jest jedynie wysypiskiem i pustynią, pozostałą po niszczącej działalności Homo podobno Sapiensa, który po wynalezieniu mowy potrafi jedynie niszczyć wszystko co żyje, nawet, a może przede wszystkim osobników własnego gatunku, mających inne poglądy? A może ta kropka ma ich zjednoczyć? Wszystkich Ludzi – kropka jedności, widziana przez każdego w ten sam sposób. Pozbawiona kłamstw, okryć, zasłon i innych elementów mogących wzbudzać złe emocje. Jedna, jedyna kropka. Czarne na białym. Bez zbędnych niedomówień, bardziej kropkowana już być nie może, bo każde pociągnięcie pędzla spowodowałoby jedynie powstanie drugiego dna, kolejnej ewangelii. (Tu zatrzymajmy się na chwilę by wyjaśnić co oznacza to słowo: Wyraz „ewangelia” w języku greckim oznacza dobrą nowinę. Kojarzony głównie z Pismem Świętym i historiami opowiadającymi o życiu Jezusa Chrystusa). Kropki naszej nie da się również bardziej uprościć. Nie możemy jej bardziej spłaszczyć lub spłycić, by pozostawić więcej miejsca na różne interpretacje czy dzielenie jej na części. Wszak trudno włos podzielić na czworo, a co dopiero naszą Kropkę. Choć wiadomo, za chwilę pojawią się uzurpatorzy i odmieńcy próbujący wykorzystać ja do swoich własnych celów. Narysują własną kropkę i będą mówić, ze tylko ich jest prawdziwa i natchniona, a tamta była jedynie zapowiedzią nadejścia ich Kropki. Kropki zapowiadanej przez poprzednią Kropkę, na kształt i podobieństwo. Wystarczy przecież spojrzeć w niebo: miriady kropek jaśniejących na bezchmurnym ciemnym, nieboskłonie. Ale jak wiadomo – jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc nie wybiegajmy tak daleko. Jesteśmy tu już chwilę pora zatem zająć się konsystencją kropki. Częstotliwością z jaką zmienia swój kształt. Czy wystarczy minuta by to dostrzec? A może zabraknie nam życia by dowiedzieć się czy pulsuje, czy jedynie ten obraz trwa nieruchomo. Zastanawiałeś się już co robi kropka, gdy na nią nie patrzysz? Czy kpi z ciebie i znika, kiedy odwrócisz od niej wzrok? Czy jest tam i jest świadectwem historii, która dawno już minęła? A może to obraz przyszłości, który jest tutaj po to byśmy przejrzeli na oczy i zrozumieli, że robiąc to co czynimy, zapędzimy się w kozi róg? A może obraz ten nie jest jedynie nieruchomym obrazem a filmem w skali czasowej odtwarzanym w zapętleniu, z prędkością, uniemożliwiającą zaobserwowanie zmian zachodzących w Kropce? Czy Kropka nie jest Symbolem przysłowiowej Kropki nad I? Dopełnia naszą rzeczywistość nadając jej sens? Może to jest właśnie szykany przez nas SenS ŻyciA doczesnego? Coś do czego dążymy, a mamy to pod ręką w każdym momencie? Wszak Kropka oznacza koniec oznajmiania. Informuje nas, że nadeszła pora analizy i odpoczynku. Fazy kontemplacji i refleksji nad tym co było. Nad tym co jest i również nad tym co będzie. Co będzie za chwilę? Co będzie jutro? Gdzie widzisz się za pięć lat? Czy Twoje dzieci wyrosną na ludzi? A jaki dajesz im przykład swoim życiem, bo chyba nie uważasz, ze ględząc i zrzędząc osiągniesz coś innego niż sam pokazujesz poprzez swoje działania? Ta kropka to uproszczenie sześciokątnego znaku STOP, który nakazuje bezwzględne zatrzymanie i rozejrzenie się wokół, zanim podejmiemy dalsze działanie i ruszanie naprzód. Ta kropka to miejsce na złapanie oddechu i danie kolejnej szansy naszym komórkom na zużycie kolejnej porcji tlenu w celu uzyskania energii do podjęcia dalszych działań. Ta kropka to zachęta do porozmawiania ze sobą i innymi o tym co ważne i zadania kilku ważnych pytań. Tylko zanim przejdziemy do dalszej części, najpierw zbadajmy to co tu zastaliśmy. Czy teraz zaczynasz rozumieć co autor miał na myśli? Bo mi się wydaje, że tak. Z tego co wiem jego kolejny obraz to będzie:

Trzykropek.

#1848 – wystający gwóźdź

Wystający gwóźdź będzie wbity.

Tak mówi stare japońskie przysłowie. Dlatego pomimo chęci zmiany świata, należy zachować powściągliwość, by nie spalić się już na starcie. Trudno zmienić siebie, nawet jak bardzo chcemy, zatem jeśli pragniemy zaprowadzić nowy ład, musimy zachować spokój i mieć na to plan.

Po pierwsze nie wszyscy widzą cel tak jasno i klarownie jak ty w tej chwili.

Po drugie, to co dla Ciebie wydaje się korzyścią, dla kogoś innego jest bez znaczenia, a dla kolejnej osoby stanowi zagrożenie lub ciężar, który musi nieść na swoich plecach.

Dlatego zanim zmierzysz się ze zmianą innych, środowiska, świata, czy czegokolwiek, zastanów się, czy:

warto?

czy masz zasoby by to wdrożyć?

czy masz pomysł i zasoby by później tę zmianę utrzymać.

Jeśli zbyt krótko utrzymasz stan docelowy w miejscu, to albo przejdzie przez punkt równowagi i gdzieś poleci (czy wiesz dokąd?) albo wróci do stanu początkowego , a ruszenie tego po raz drugi będzie jeszcze trudniejsze.

Obserwuj, myśl, planuj i działaj. tak dużo jak trzeba i tak mało jak to tylko możliwe. Nie ma co się przepalać na pusto, bo spalisz sprzęgło.

#1847 – nie przestawaj

Jak zawsze piszę i prawdopodobnie zdania nie zmienię – należy zachować balans. We wszystkim, nawet w zachowywaniu balansu. Czasem trzeba sobie odpuścić i zastygnąć na chwilę, patrząc na wiatr. Później zaś trzeba dowalić sobie tak, że jęzor i oczy wyłażą w nienaturalny sposób. Na koniec, statystycznie, wyjdzie po środku, że było spoko. Podobnie jak to, że idąc z psem na spacer mamy średnio po 3 nogi.

Samo balansowanie nie jest sztuką bezruchu, a poruszaniem się pomiędzy wymarzonym środkiem. Trochę w lewo, trochę w prawo, trochę w dół i w górę. Raz do przodu, raz do tyłu. Tak jak to w życiu, sprawia nam dużą radochę. Raz i dwa. I cyk.

Grunt, żeby nie ustawać i nie powiedzieć sobie dość. Najtrudniej ruszyć zadek jak wypadniesz z rytmu i osiądziesz na mieliźnie czy innym bagnie. Daj się ponieść czasem dobrym wiatrom, choć jak wiemy lepsze jest wrogiem dobrego, zatem trzymaj rękę na pulsie i dwa palce na klamce hamulca. Życie jest tak skonstruowane, że po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, ale patrząc na to wszystko co się dzieje to i tak wiadomo, że to wszystko w końcu kiedyś jebnie. I to w najmniej spodziewanym momencie. Dlatego jak lecisz w dół z samolotu, warto mieć ze sobą spadochron, a najlepiej dwa, przy tym dobrze, żeby któryś był sprawny.

Czy warto czekać w nieskończoność na znak? Moim zdaniem wystarczający znak jest taki, że żyjesz. Statystycznie masz szczęście, a jak możesz to przeczytać, to znaczy, że masz w pytonga szczęścia (co to znaczy pytong? Hmmm). Załaduj magazyny, poluzuj cumy i płyń w morze życia z zajebistą załogą. Zostając w porcie niczego nie odkryjesz, ale poznasz historie wielu marynarzy. Tych którzy przeżyli. Ale te historie mogą mieć niewiele wspólnego z prawdą. Pogadają, pogadają i popłyną dalej….

Pytanie czego ty chcesz zaznać w życiu? Delektowania się opisem przygód, czy przeżywania życia na własnej skórze? Będąc czasem wystawiony na mróz, chłód , wyczerpanie i bezsens percepcji. A czasem czerpiąc haj z wydarzeń, których jesteś centralnym punktem?

Świat sobie bez Ciebie poradzi. Ale ty masz prawo być częścią świata. Zrób to najlepiej jak umiesz i baw się przy tym przednio!

#1846 – pamiętasz, była jesień

I znowu jesień. Moja już 49. Aż trudno w to uwierzyć.

Jak dalej z tym żyć i jak planować kolejne lata, miesiące, tygodnie, dni, godziny?

Coraz więcej nekrologów zawiera informacje o osobach, które są niewiele starsze ode mnie. Kilka, kilkanaście lat. Jak sprawić by zachować zdrowie i sprawność? Co robić by korzystać z życia i szczęścia tu i teraz?

Pitolą o work-life balansie, a tak naprawdę to trzeba skupić się na życiu, a nie na tym co będzie jak już nadejdzie ta chwila, na którą czekamy. Ona i tak nadejdzie i minie jeszcze szybciej niż można się spodziewać. Po co odwlekać pewne sprawy, czekając na jakiś, bliżej nieokreślony znak? Dlaczego odraczać przyjemności, które można zrealizować teraz? Po co oszukiwać siebie i przenaczenie?

Czasem wygodniej schować się na chwilę i przeczekać złą burzę, ale często okazuje się, że siedzimy w norze miesiącami i latami, bojąc się wyściubić z niej nos.

Bo w życiu nie chodzi o to by unikać błota problemów, ale o to by nauczyć się w tym błocie taplać i pływać, w sposób, który sprawia nam przyjemność.

I pamiętajmy przy tym, że chodzenie po bagnach wciąga….

Za rok znów będzie jesień. I za dwa lata. I za trzy….

Pytanie czy będą z Toba na tym świecie wszyscy, z którymi chciałbyś ją świętować?

#1845 – dogoterapia

Pisałem dawno temu o tym jak fajnie mieć psa, spędzać z nim czas i dzielić życie.

I w zasadzie wszystko się zgadza, ale. Bo zawsze jest jakieś ALE.

Tuż przed naszym wyjazdem Monia zgłosiła naszą chęć do adopcji suki w typie Labrador z fundacji oddalonej od naszego pięknego miasta o 300km w kierunku północnym. I tuż przed naszym wyjazdem okazało się, że zostaliśmy wybrani, zaakceptowani i w ogóle wszystko im pasuje. Nam to też się spodobało, było to spełnienie jednego z naszych małych marzeń. Uratować jakiegoś psiaka i zapewnić mu dom i stado.

Kiedy zakończyliśmy naszą przygodę z Małym Szlakiem Beskidzkim w sobotę, to już w niedzielę rano siedzieliśmy w naszym wspaniałym autku w drodze do miejsca odbioru psiaka. Psicy w sumie, rocznej biszkoptowej samicy. Jak się okazało wulkanu, pełnego energii zamkniętej w ciele 30kg potomka wilków i innych drapieżców udomowionych przez naszych przodków. Nasza nowa pociecha była trzymana w kojcu przez dłuższy czas, nie znała się na spacerach, załatwianiu na dworze, ani poszanowaniu cudzej własności czy przestrzeni osobistej. O tych cechach zaczęliśmy się dowiadywać już podczas naszego pierwszego spotkania i kilkugodzinnego powrotu samochodem do domu. Później było już tylko gorzej. Spotkanie z naszym obecnym psem – mieszańcem Shiro, naszymi dziećmi i znajomymi. Pierwsze dni były bardzo trudne, ale napawały nas nadzieją. Podopieczna była bardzo inteligentna i część zadań łapała dosyć szybko. Spacery i powolna tresura psa zajęła nam większość dostępnego czasu przez nastepne kilka dni. W domu psina nie potrafiła się wyciszyć. Gryzła wszystko, skakała, cieszyła się i siała zniszczenie oraz dziecięcy strach. Nazwaliśmy ją Granda i to imię odzwierciedla w zasadzie wszystko co można było o niej powiedzieć. Byliśmy niedospani i zmęczeni, ponieważ dzień zaczynaliśmy o 05:30 ponad godzinnym spacerem a kończyliśmy około 23, również po podobnym zabiegu. Po 6 dniach mieliśmy już wizytę behawiorystki, która rozpaliła naszą wiarę, że wszystko będzie dobrze.

Niestety było jeszcze gorzej. Nie radziliśmy sobie z kałużami w mieszkaniu, pogryzionymi dla zabawy rękami oraz rosnącą niesubordynacją zwierza. I miarka się przebrała. Po niespełna dwóch tygodniach od wzięcia psa, podjęliśmy trudną decyzję, że wraca tam, skąd przyszedł. Nie daliśmy rady wygospodarować tyle energii i czasu, by zapewnić i jemu i naszej rodzinie komfortu i bezpieczeństwa.

To była trudna lekcja życia. Nie zawsze wszystko rozwija się tak jakbyśmy chcieli. Nie zawsze podołamy postawionym celom, ale ważne żeby wyciągać wnioski i czasem spojrzeć prawdzie w oczy.

Czasem, niestety, trzeba odpuścić i nie iść w zaparte, bo będzie tylko gorzej.

#1844 – MSB co z tego wynikło

Przyszła pora na zebranie kilu rzeczy i pomysłów, jako że była to nasza pierwsza, większa, piesza wycieczka. Założenie jest takie – ma być radość, mamy urlop i nie spinamy się za bardzo.

  1. Optymalny dystans dzienny, który zapewnia przyjemność z wędrówki, dla nas, z plecakami „na pełno” to 25km dziennie.
  2. Idealny plan:
    • 06:30 pobudka, toaleta, kawa, pakowanie
    • 08:00 wymarsz (lub wcześniej)
    • 5 minut w ciągu godziny przerwa regeneracyjna
    • 10:00-11:00 – przerwa śniadaniowa
    • 14:00-15:00 – przerwa obiadowa
    • 18:00 – zakończenie marszu, kolacja, szykowanie do spania
    • 20:00 – cisza nocna
    • Czyli efektywnie 8 x 55 minut marszu dziennie – w sumie wychodzi około 3 km/h, co nie wydaje się dużo na pusto, ale z plecakami, w górach jest jak najbardziej realne.
  3. Nocowanie w namiocie – jak najbardziej! Ale najkorzystniej mieć możliwość skorzystania z prysznica co najmniej co drugi dzień. Więc nasza rekomendacja – co drugi dzień schronisko / kwatera / pole namiotowe z prysznicem.
  4. Wziąć jako zamiennik pieczywa – tortillę. Dłużej zachowuje świeżość.
  5. Z bagaży – praktycznie wszystko się przydało – może poza kąpielówkami, z których mieliśmy skorzystać ostatniego dnia w SPA. Na upartego możnaby z czegoś zrezygnować, ale wiązałoby się to z obniżeniem standardu wyprawy.
  6. Fajnie móc się zatrzymać gdzieś i pochodzić „na pusto”. Otwierają się nowe możliwości i pojawia dodatkowa frajda z wycieczki.
  7. Żadna pogoda nie jest zła. Konieczne jest jednak odpowiednie przygotowanie oraz realne oszacowanie własnych szans na przeżycie i szacowanie ryzyka.
  8. Plan można, a nawet trzeba zmieniać i dostosowywać do pojawiających się okoliczności. Warto mieć zapas dni do wykorzystania, aby się nie stresować.